Polska to dziś kraj strachu. Strachu podszytego niepewnością, zagubieniem i gniewem. Straszą nas niemal wszyscy – od polityków po influencerów. Straszą uchodźcami, migrantami, Niemcami, Rosjanami, Unią Europejską, lewicą, prawicą, islamem, LGBT, ekoterrorystami i „przebudzonym Zachodem”. Każdy ma swojego wroga. Każdy swoją wersję zagrożenia.
Ale kto naprawdę zagraża Polsce w 2025 roku? Kto destabilizuje nasze wspólnoty, podsyca agresję, łamie społeczne zaufanie, podważa zasady współistnienia? Czy to naprawdę uchodźcy szukający lepszego życia, kibole rzucający racami, czy może ideowi nacjonaliści maszerujący z flagami po stolicy?
Zacznijmy od tych najczęściej wskazywanych: emigranci.
Ich obraz w polskiej debacie jest skrajnie spolaryzowany. Jedni widzą w nich siłę roboczą i przyszłość rynku pracy, drudzy – zagrożenie dla bezpieczeństwa, kultury, religii. W mediach społecznościowych mnożą się filmiki z domniemanymi „atakami migrantów”, podsycane przez polityków i konta o niejasnym pochodzeniu. Problem w tym, że większość z tych materiałów nie dotyczy Polski – to kadry z Francji, Niemiec, Szwecji, a nierzadko z Rosji czy USA. Tymczasem według oficjalnych danych – polskie miasta są dziś bezpieczniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, a większość przestępstw popełniają… Polacy.
Emigranci – Ukraińcy, Białorusini, Azjaci, niekiedy Afrykanie – przyjeżdżają tu głównie do pracy. Często harują za minimalną krajową, wynajmując pokoje po kilka osób, oszczędzając każdy grosz, wysyłając część pensji do rodzin. Są wyzyskiwani – przez pośredników, przez system, przez nieuczciwych pracodawców. Ale nie są zagrożeniem. Raczej fundamentem cichego, gospodarczo korzystnego porozumienia. Ich obecność budzi napięcia tylko wtedy, gdy ktoś politycznie je rozgrywa. Bo kiedy trzeba zbudować osiedle, posprzątać hotel albo rozładować tiry, to nikt nie pyta, skąd pochodzisz.
Przenieśmy się teraz na drugi biegun: kibole.
To zjawisko osobne. Kibicowanie to jedno – kultura stadionowa, emocje, sportowe pasje. Kibolstwo to już coś zupełnie innego: często brutalne, zorganizowane, powiązane ze światem przestępczym. Grupy pseudokibiców, przez lata bagatelizowane przez władze, dziś przypominają prywatne armie – lojalne wobec lidera, nie wobec prawa. Handlują narkotykami, ściągają haracze, wymuszają „ochronę”, ale też coraz częściej angażują się politycznie. Niektórzy politycy – zwłaszcza z prawej strony – świadomie flirtowali z kibolskimi grupami, bo liczyli na „porządek na ulicy”. Tyle że uliczna siła, raz wypuszczona, rzadko wraca na smycz.
Kibolskie środowiska to dziś także miejsce rekrutacji dla skrajnych organizacji, radykalnych narodowców, grup paramilitarnych. Przemoc fizyczna i symboliczna stała się normą – czy to w postaci ataków na Marszach Równości, czy zastraszania dziennikarzy i aktywistów. To nie są pojedyncze przypadki – to zorganizowane działania, często w milczącym przyzwoleniu władzy lub bezradności służb.
I wreszcie – nacjonaliści. Ich siła nie tkwi w liczbach, lecz w hałasie.
W III RP mieli różne twarze: od marginalnych fanatyków po deputowanych w Sejmie. Dziś nacjonalizm to już nie tylko krzyk z marszu 11 listopada, ale też styl myślenia. Wróciła retoryka „czystości narodu”, „suwerenności totalnej”, „walki z zachodnią degeneracją”. W publicznych debatach coraz mniej miejsca na szarości – albo jesteś „patriotą”, albo „zdrajcą”. Taki sposób myślenia to ślepy zaułek. Nie buduje wspólnoty, tylko ją dzieli. Nie wskazuje dróg rozwoju, tylko tworzy listy wrogów. Nacjonalizm w wersji 2025 nie broni Polski – on ją zamyka i ogłupia.
Ale największym zagrożeniem nie są ani emigranci, ani kibole, ani nacjonaliści.
Największym zagrożeniem dla Polski jest dezintegracja społeczna, napędzana przez tych, którzy na niej korzystają – polityków, propagandzistów, influencerów zarabiających na kontrowersjach. Kiedy państwo porzuca rolę mediatora i staje się stroną konfliktu, wspólnota przestaje istnieć. Kiedy media dzielą, zamiast informować – zaufanie znika. Kiedy polityka redukuje się do walki plemiennej, kraj staje się ringiem, nie domem.
Tak naprawdę Polska boi się nie „obcych”. Boimy się siebie nawzajem. Boimy się, że ktoś nam coś zabierze: pracę, język, godność, tradycję. Boimy się, że jesteśmy zbyt słabi, by konkurować, więc wolimy zamykać granice – te realne i mentalne.
Ale naród, który się boi, łatwo się prowadzi. Strachem można sterować jak lejcem. A im bardziej boimy się tych, którzy przyjechali tu pracować, tych, którzy krzyczą na stadionach, czy tych, którzy maszerują z biało-czerwonymi flagami – tym mniej widzimy tych, którzy naprawdę nas okradają: z bezpieczeństwa, zdrowia, edukacji, marzeń.
Dlatego pytanie „kto zagraża Polsce?” powinniśmy zastąpić pytaniem: komu zależy, żebyśmy myśleli, że zagrażają nam inni? I tu odpowiedzi może być o wiele mniej wygodne – dla wszystkich stron sceny politycznej.


















