„Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” – to jedno z najbardziej brutalnych polskich przysłów. Bez cienia elegancji, bez poprawności politycznej, bez prób wygładzenia sensu. Jest w nim cała prawda o władzy: nie wszyscy jesteśmy równi w prawie do mówienia, oceniania i nazywania rzeczy po imieniu. Jednym wolno więcej. I właśnie dlatego to przysłowie wróciło do życia przy okazji krakowskiej Strefy Czystego Transportu.
Bo oto wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar powiedział na głos coś, co tysiące ludzi w Krakowie i okolicach powtarzają półgłosem od tygodni. Nazwał obowiązujące przepisy „kretyńskimi”. Dodał, że cała operacja nosi znamiona demagogii, populizmu i oszołomstwa. I nagle zrobiło się głośno. Bardzo głośno.
Gdyby te słowa padły z ust anonimowego kierowcy stojącego na granicy SCT, zostałyby zignorowane. Gdyby wypowiedział je radny opozycji, nazwano by je politycznym teatrem. Gdyby napisał je publicysta, usłyszałby, że „podgrzewa emocje”. Ale powiedział je wojewoda. A wojewodzie wolno więcej.
Nie dlatego, że ma rację z definicji. Nie dlatego, że jest nieomylny. Ale dlatego, że jego pozycja daje mu przywilej brutalnej szczerości. I to właśnie ten przywilej tak bardzo zabolał krakowskie władze.
Strefa Czystego Transportu miała być projektem nowoczesnym, europejskim, moralnie słusznym. Miała dzielić świat na tych, którzy „rozumieją”, i tych, którzy „nie nadążają”. Miała w sobie coś z misji cywilizacyjnej: oto miasto, które wie lepiej, jak powinno się żyć. A kto się nie dostosuje – ten zostanie na zewnątrz.
Problem polega na tym, że SCT nie została wprowadzona w próżni. Kraków to nie Berlin ani Kopenhaga. To miasto otoczone pierścieniem gmin, z których codziennie dojeżdżają dziesiątki tysięcy ludzi. To rynek pracy, uczelnie, szpitale, targowiska. To organizm, który żyje dzięki przepływowi ludzi, a nie dzięki uchwałom.
Wojewoda uderzył dokładnie w ten punkt. Powiedział: te przepisy dyskryminują. Rolników, drobnych producentów, studentów, mieszkańców Małopolski, którzy nie przyjeżdżają do Krakowa z fanaberii, tylko z konieczności. I znów – zwykły obywatel, mówiąc to samo, zostałby nazwany „antyekologicznym”. Wojewoda – wywołał kryzys wizerunkowy miasta.
„Co wolno wojewodzie” oznacza dziś także to, że może on podważyć mit. Mit, że wystarczy uchwalić strefę, a powietrze stanie się czyste, a miasto bardziej sprawiedliwe. Klęczar powiedział coś znacznie bardziej niewygodnego: że zakres SCT jest absurdalnie szeroki, że objęcie nią ponad 90 procent terenów zurbanizowanych nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, a wiele z ekologią ma tylko w prezentacjach.
Najbardziej bolesne było jednak coś innego. Wojewoda zasugerował, że władze Krakowa nie chciały słuchać. Że dialog był pozorny. Że uwagi rad dzielnic, gmin ościennych i dziesiątek tysięcy mieszkańców zostały odhaczone, a nie wzięte pod uwagę. A to już nie jest spór o normy emisji. To oskarżenie o arogancję władzy.
I tu wracamy do przysłowia. Bo władza bardzo nie lubi, gdy ktoś z równym lub wyższym mandatem mówi jej „sprawdzam”. Aktywistów można zignorować. Kierowców – pouczyć. Radnych – przegłosować. Ale wojewody już nie. On nie stoi pod ratuszem z transparentem. On ma pieczątkę i sąd administracyjny.
Dlatego reakcje są tak nerwowe. Dlatego zamiast merytorycznej odpowiedzi pojawia się oburzenie na język. Na „formę”. Na „styl”. Bo łatwiej oburzyć się na słowo „kretyńskie” niż odpowiedzieć na pytanie: dlaczego SCT wygląda tak, jak wygląda?
Felietonista ma tę przewagę, że może pozwolić sobie na ironię. A ironia podpowiada jedno: być może największym problemem tej sprawy nie jest to, co powiedział wojewoda, ale to, że powiedział to ktoś, komu wolno. Bo gdy władza słyszy krytykę od równorzędnego gracza, nagle przestaje być pewna siebie.
„Co wolno wojewodzie” – wolno mu powiedzieć, że król jest nagi. A Kraków, zamiast oburzać się na słowa, powinien zadać sobie pytanie, czy przypadkiem ten król nie stoi właśnie na granicy SCT, zdezorientowany, zdezorientowany i coraz bardziej samotny.
Bo władza, która przestaje słuchać, wcześniej czy później słyszy już tylko echo własnych decyzji. A echo, jak wiadomo, nie poprawia powietrza.

















