Gdy pod koniec 2023 roku w Telewizji Polskiej dochodziło do zmian personalnych i politycznych, nowa ekipa zarządzająca mediami publicznymi przekonywała Polaków, że kończy się epoka brutalnej propagandy, partyjnych przekazów dnia i medialnych polowań na przeciwników politycznych. Jednym z symboli tej nowej narracji stały się słowa Marka Czyża wypowiedziane na antenie TVP Info 20 grudnia 2023 roku. „Proponuję państwu umowę: zamiast propagandowej zupy, zaprezentujemy czystą wodę”.
To zdanie miało stać się symbolem nowego początku. Zapowiedzią mediów publicznych wolnych od politycznych nacisków i propagandowych manipulacji. Wielu ludzi naprawdę uwierzyło, że telewizja publiczna przestanie pełnić funkcję politycznej pałki jednej strony sporu i zacznie działać według standardów, które przez lata były w Polsce jedynie pustym sloganem. Dziś jednak coraz więcej osób zaczyna dostrzegać, że zamiast rzeczywistej zmiany mogło dojść jedynie do zmiany politycznych patronów.
Coraz częściej pojawia się bowiem pytanie, czy media publiczne rzeczywiście stały się niezależne, czy po prostu zaczęły chronić innych polityków i inne środowiska niż wcześniej. Najmocniej widać to dziś na przykładzie Krakowa oraz wcześniejszych wydarzeń we Wrocławiu.
Referendum dotyczące odwołania Aleksandra Miszalskiego oraz całej Rady Miasta Krakowa powinno być jednym z najgłośniejszych tematów lokalnej debaty publicznej. Mówimy o wydarzeniu wyjątkowym nie tylko w skali miasta, ale również całego kraju. To sytuacja, w której mieszkańcy jednego z największych polskich miast mają zdecydować o przyszłości prezydenta i całego samorządowego układu politycznego.
Normalnie taki temat dominowałby w lokalnych programach informacyjnych. Powstawałyby specjalne debaty, analizy, materiały reporterskie, rozmowy z ekspertami i mieszkańcami. Media publiczne każdego dnia przypominałyby o referendum, tłumaczyły zasady głosowania i prezentowały argumenty obu stron.
Tymczasem monitoring Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji pokazał coś zupełnie odwrotnego. Referendum w Krakowie jest w mediach publicznych praktycznie niewidoczne. TVP Kraków, Radio Kraków i część ogólnopolskich programów informacyjnych niemal całkowicie marginalizują temat, który dla mieszkańców miasta powinien być absolutnym politycznym numerem jeden.
I właśnie ta cisza staje się dziś bardziej wymowna niż najostrzejszy komentarz polityczny. Bo brak informacji również może być formą wpływania na rzeczywistość.
W przypadku referendum ma to szczególne znaczenie. Żeby głosowanie było ważne, konieczna jest odpowiednia frekwencja. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę obóz Aleksandra Miszalskiego. Obecny prezydent Krakowa od początku nie zachęca swoich sympatyków do udziału w referendum i głosowania przeciw odwołaniu. Strategia jest zupełnie inna — należy zniechęcić mieszkańców do samego udziału w głosowaniu.
Im mniej ludzi pójdzie do urn, tym większa szansa, że referendum okaże się nieważne. Właśnie dlatego wielu mieszkańców zaczyna dziś zadawać pytanie, czy ograniczanie obecności referendum w mediach publicznych rzeczywiście jest przypadkiem. Bo gdyby temat codziennie pojawiał się w lokalnych serwisach, gdyby odbywały się regularne debaty i polityczne dyskusje, zainteresowanie społeczne automatycznie by rosło. A wraz z nim rosłaby również frekwencja.
Tymczasem mieszkańcy dostają głównie ciszę. I to właśnie ta cisza sprawia, że coraz częściej wraca porównanie do sytuacji z Wrocławia.
Tam również wielu odbiorców zauważyło wyjątkowo ostrożne podejście mediów publicznych do sprawy Jacka Sutryka i afery Collegium Humanum. Była to jedna z największych afer ostatnich lat dotyczących środowisk politycznych i akademickich. Wokół uczelni pojawiały się informacje o kontrowersyjnych dyplomach MBA, śledztwach, zatrzymaniach oraz politycznych powiązaniach.
Nazwisko prezydenta Wrocławia regularnie pojawiało się w ogólnopolskich publikacjach. Mimo to wielu widzów miało wrażenie, że lokalna TVP3 Wrocław podchodzi do całej sprawy z wyjątkową ostrożnością. Nie było wielodniowej medialnej ofensywy, nie było agresywnego tonu, nie było politycznego „grillowania”, które jeszcze kilka lat wcześniej było stałym elementem działania telewizji publicznej wobec polityków niewygodnych dla ówczesnej władzy. I właśnie ten kontrast najbardziej uderza dziś w wiarygodność nowej TVP.
Bo jeszcze niedawno media publiczne potrafiły przez tygodnie budować narracje wokół politycznych afer, eksponować niewygodne dla opozycji tematy i prowadzić medialne kampanie przeciw konkretnym osobom. Dziś, gdy sprawy dotyczą środowisk związanych z obecną władzą lub samorządowców sympatyzujących z Koalicją Obywatelską, nagle pojawia się spokój, wyciszenie i ostrożność.
To nie musi oznaczać bezpośrednich politycznych poleceń. Mechanizm może działać znacznie subtelniej. Wystarczy świadomość politycznych oczekiwań, odpowiednia atmosfera redakcyjna albo zwykła autocenzura wynikająca z przekonania, które tematy są „bezpieczne”, a które mogą wywołać polityczny problem. Efekt jest jednak bardzo podobny.
Media publiczne znów zaczynają sprawiać wrażenie instytucji, które nie tyle relacjonują rzeczywistość, ile aktywnie uczestniczą w politycznej grze poprzez dobór tematów, skalę ich nagłaśniania albo właśnie przemilczanie. A przemilczanie bywa dziś skuteczniejsze niż najgłośniejsza propaganda.
Bo propaganda XXI wieku nie zawsze wygląda jak toporne paski i agresywne programy publicystyczne. Czasem działa znacznie subtelniej. Polega na tym, że pewne tematy po prostu znikają z przestrzeni medialnej. Że obywatel ma wiedzieć mniej, interesować się mniej i emocjonować się mniej.
I właśnie dlatego sprawa Krakowa oraz wcześniejsze wydarzenia wokół Wrocławia stają się czymś znacznie większym niż lokalnymi sporami politycznymi. To test wiarygodności mediów publicznych po zmianie władzy.
Test, który dla coraz większej liczby odbiorców zaczyna wypadać bardzo słabo. Bo „czysta woda” miała oznaczać pluralizm, transparentność i odwagę wobec każdej władzy. Tymczasem coraz więcej ludzi odnosi wrażenie, że zamiast czystej wody dostali jedynie nową wersję starego systemu — bardziej elegancką, spokojniejszą i mniej krzykliwą, ale nadal podporządkowaną politycznym interesom.


















