Nie minął nawet tydzień od referendum, które doprowadziło do odwołania Aleksandra Miszalskiego z funkcji prezydenta Krakowa, a polityczna walka o przejęcie sterów w mieście już weszła na pełne obroty. Jako pierwszy swoją kandydaturę ogłosił Bartosz Bocheńczak, reprezentujący Konfederację. Trudno uznać to za przypadek. W polityce liczy się tempo, a Konfederacja doskonale wyczuła moment. Gdy Koalicja Obywatelska wciąż liże rany po spektakularnej porażce, a pozostali potencjalni kandydaci dopiero analizują sytuację, ugrupowanie Sławomira Mentzena postanowiło przejąć inicjatywę i narzucić własną narrację.
Sam sposób ogłoszenia kandydatury nie pozostawiał złudzeń, jaki będzie ton tej kampanii. Na wiecu w centrum Krakowa nie było miejsca na dyplomatyczne formułki czy ostrożne oceny. Był za to frontalny atak na dotychczasowe władze miasta, oskarżenia o nepotyzm, zadłużanie Krakowa, tworzenie politycznych układów oraz ignorowanie głosu mieszkańców. Wsparcie dla Bocheńczaka przyszli wyrazić najważniejsi politycy Konfederacji – Krzysztof Bosak, Sławomir Mentzen, Przemysław Wipler, Grzegorz Płaczek, Patryk Marjan i Bartłomiej Pejo. Przekaz był prosty: referendum było dopiero początkiem, a prawdziwa zmiana ma nastąpić podczas wyborów prezydenckich.
Trzeba przyznać, że Konfederacja potrafi czytać polityczne nastroje. Referendum pokazało, że w Krakowie istnieje duża grupa mieszkańców zmęczonych sposobem zarządzania miastem. Nie chodzi wyłącznie o Aleksandra Miszalskiego. W rzeczywistości głosowanie stało się symbolem szerszego sprzeciwu wobec polityki prowadzonej przez miejskie elity od wielu lat. W tym sensie Bocheńczak ma rację, gdy mówi, że referendum było buntem przeciwko stylowi rządzenia, a nie wyłącznie przeciwko jednej osobie.
Problem polega jednak na tym, że bardzo łatwo jest wskazywać winnych, a znacznie trudniej przedstawić przekonującą wizję przyszłości.
Dotychczasowe wystąpienia kandydata Konfederacji koncentrują się głównie na rozliczeniach. Audyt finansów miasta, audyt spółek miejskich, kontrola wydatków, weryfikacja zatrudnienia i sprawdzenie wszystkich decyzji podejmowanych przez poprzednie władze. To hasła atrakcyjne dla części wyborców, szczególnie w atmosferze po referendum. Pytanie jednak, czy samymi kontrolami da się rządzić Krakowem.
Miasto stoi dziś przed ogromnymi wyzwaniami. Rosnące koszty funkcjonowania komunikacji miejskiej, problemy mieszkaniowe, przeciążona infrastruktura drogowa, konieczność realizacji wielomiliardowych inwestycji, rozwój nowych technologii czy walka o utrzymanie pozycji jednego z najważniejszych ośrodków gospodarczych w Polsce. Odpowiedzi na te pytania w kampanii Bocheńczaka na razie brakuje.
Szczególnie interesujące jest to, że Konfederacja próbuje zagospodarować tematy, które jeszcze kilka lat temu były dla niej niemal nieobecne. Mowa o jakości życia w mieście, funkcjonowaniu komunikacji publicznej, zarządzaniu przestrzenią miejską czy rozwoju nowoczesnych technologii. Sławomir Mentzen podczas krakowskiego wiecu mówił nawet o potrzebie stworzenia z Krakowa polskiej Doliny Krzemowej. Brzmi efektownie, ale mieszkańcy mają prawo oczekiwać konkretów. Jak miałoby to wyglądać? Jakie działania miałby podjąć samorząd? Jakie inwestycje przyciągnąć? Tego na razie nie usłyszeliśmy.
Nie można również ignorować faktu, że Konfederacja buduje swoją kampanię na bardzo silnych emocjach. Padają określenia o „mafijnych układach”, „korycie”, „układach biznesowo-politycznych” czy „wojnie z mieszkańcami”. To język skuteczny politycznie, ale jednocześnie bardzo polaryzujący. Referendum już wystarczająco podzieliło Kraków. Nowa kampania może te podziały jeszcze pogłębić.
Bocheńczak przedstawia się jako człowiek spoza samorządowych układów, przedsiębiorca i menedżer. To niewątpliwie atut. W czasach rosnącej nieufności wobec zawodowych polityków taki życiorys może przyciągać wyborców. Z drugiej strony zarządzanie dużym miastem nie jest tym samym co prowadzenie firmy. Prezydent Krakowa odpowiada za budżet liczony w miliardach złotych, tysiące urzędników, dziesiątki jednostek miejskich i setki inwestycji. Tutaj liczą się nie tylko umiejętności menedżerskie, ale również doświadczenie administracyjne, zdolność budowania kompromisów i umiejętność współpracy z różnymi środowiskami.
Warto też zauważyć, że Bocheńczak nie będzie jedynym kandydatem zmiany. Swoją kandydaturę ogłosiła już Aleksandra Owca z partii Razem. W sobotę start w wyborach ma oficjalnie potwierdzić Grzegorz Braun, lider Konfederacji Korony Polskiej. W grze pozostaje również środowisko Łukasza Gibały, a Koalicja Obywatelska wciąż szuka własnego kandydata. To oznacza, że elektorat rozczarowany dotychczasowymi władzami będzie miał szeroki wybór.
Na razie Bartosz Bocheńczak jest kandydatem gniewu i politycznego buntu. Korzysta z fali niezadowolenia, która wyniosła referendum do sukcesu. Jednak wybory prezydenckie to coś więcej niż protest. W pewnym momencie mieszkańcy zaczną zadawać pytania o konkretne rozwiązania. Jak ma wyglądać komunikacja miejska? Co dalej ze Strefą Czystego Transportu? Jak rozwijać budownictwo mieszkaniowe? Jak przyciągać inwestorów? Jak pogodzić interesy mieszkańców, przedsiębiorców i turystów?
To właśnie odpowiedzi na te pytania zdecydują, czy Bartosz Bocheńczak okaże się poważnym kandydatem na prezydenta Krakowa, czy jedynie politycznym beneficjentem atmosfery po referendum.
Jedno jest pewne – pięć dni po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego kampania wyborcza rozpoczęła się na dobre. A Kraków wchodzi w jeden z najbardziej nieprzewidywalnych i emocjonujących okresów politycznych od wielu lat.


















